Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felietony. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 grudnia 2018

Ulica Daniela Kozdęby


Rano, jadąc do pracy, co dnia od ponad miesiąca przejeżdżam nowym łącznikiem pomiędzy ulicami Wincentego Witosa i  ulicą Inwestorów, przy której mieści się moja firma. I do tej pory czyniłem to bezrefleksyjnie, zasłuchany w muzykę, która akurat sobie na kolejny poranek ustawiłem. Łącznik, będący de facto nową, piękną, długą ulicą, wzbudza w człowieku poczucie satysfakcji, że są inwestycje w Mielcu godne pochwały. Fakt, na początku byłem sceptyczny co do tego pomysłu, ale ktoś widział dalej niż ja.
Tym „ktosiem” był zmarły prezydent Mielca Daniel Kozdęba.

Kiedyś, cztery lata temu, wiązałem z jego prezydenturą duże nadzieje. Los chciał inaczej, niż chciał zmarły prezydent, którego pomysły i dynamikę działania przerwała i zniweczyła choroba i śmierć. Los chciał inaczej, niż chciało wtedy wielu z nas.

Ludzie odchodzą. Sam proces odchodzenia bywa często bardzo tragiczny. Tak było i w tym przypadku. Oczywiście, tragizmu odchodzenia doświadcza najbliższe otoczenie chorego, może przyjaciele. Organizacja, którą kieruje odchodzący, w tym przypadku miasto Mielec, żyje swoim życiem, nie przejmując się zbytnio losem chorego przywódcy. I tak musi być, bo czym jest los, nawet tragiczny, jednego człowieka, w porównaniu z bytowaniem dziesiątków tysięcy. Tak uważałem dwa lata temu, tak uważam i dzisiaj. Bardzo mnie za taką postawę niektórzy krytykowali, zarzucając mi bark „serca”, empatii, i w ogóle brak uczuć ludzkich etc. I ten felieton nie jest dla „zmycia win”, bo nie uważam się za winnego w najmniejszym stopniu. Przedłużanie wtedy stanu zawieszenia, swoistego bezkrólewia, bezwładzy w Mielcu, uważałem i nadal uważam za wielką szkodę dla miasta, nawet jak ten brak działań pomagał ciężko choremu prezydentowi przedłużać jego egzystencję.

Sam byłem kiedyś w rodzinie tym, który musiał bratu powiedzieć, że to już koniec i wiem, co się wtedy czuje. Niezależnie od tego, co kto powie na moją inicjatywę i jakie mi przypisze intencje, stwierdziłem, że nadszedł czas, by z nią wystąpić. Tym bardziej, że – mam nadzieję, że na zawsze – odeszła z Mielca „nowa polityka historyczna” lansowana przez PiS.

Trzeba szanować i czcić ludzi za to, co materialnie i duchowo zrealizowali dla naszej wspólnoty, a nie wyciągać z niebytu nieszczęśników, którym los nie był po wojnie łaskawy i na siłę czynić z nich wzorce do naśladowania. Czego?

Może nie zostało po zmarłym prezydencie wiele artefaktów materialnych – ta ulica jest jednym z nich – ale pozostała pamięć nadziei na nową dynamikę, na zmiany. Układ polityczny, w którym mu przyszło działać,  był tak samo zabójczy dla inicjatyw prezydenta jak jego zdrowie. Popełnił błędy, ale miał też świetne pomysły. Jednym z nich jest łącznik drogowy pomiędzy Połańcem a drogą S7. Teraz tamtędy jeżdżę do Warszawy i marzy mi się, by kiedyś tę drogę zbudowano. Pewnie czytelnicy znajdą inne przykłady pomysłów zmarłego, które mogły odmienić nasze bytowanie.

Myślę, że jest czas na zaproponowanie nowemu prezydentowi Mielca, by łącznikowi pomiędzy ulicami Witosa i Inwestorów nadać imię Daniela Kozdęby. Ten gest będzie miał kilka wymiarów. Po pierwsze docenimy ten kawałek życia Daniela Kozdęby, który poświęcił dla Mielca, i jako prezydent, i jako radny powiatowy.

Po drugie pokażemy, że władza docenia także – a może przede wszystkim – tych, którzy dla Mielca, tu i teraz, bez zadęcia jakiejkolwiek ideologii, działali i działają.
Po trzecie w końcu pokażemy, że jesteśmy w stanie znaleźć w sobie tyle pokory i zrozumienia ponad podziałami, by docenić także kogoś z nas, mielczan, nam współczesnych, odchodząc od łatwizny nadawania imion Jana Pawła, Hetmana Mieleckiego, Mickiewicza czy królowej Bony.

Czas na odwagę. Zasłużeni są ludzie tu i teraz, dzisiaj i niedaleko wczoraj. Nie bójmy się docenić kogoś, bo był naszym sąsiadem, odłóżmy zawiść, bo ktoś nam nie powiedział dzień dobry. Nauczmy się doceniać człowieka, którzy popierał inną partię niż my, ale działał dla nas wszystkich. Ale jednak nadawajmy imiona pośmiertnie.

Wielkie zasługi pana prezydenta Chodorowskiego, oby żył najdłużej, wierzę, że też ktoś kiedyś podobnie uczci. Bo – wierzę także - już do tego momentu oduczymy się zawiści. A przynajmniej oduczymy się tego, że godne pochwały jest jej publiczne wyrażanie.


środa, 5 września 2018

Kultura nie ponura


Kultura popularna, rzec można by, ludowa, to dzisiaj prawie wyłącznie telewizja. Jaka telewizja, taka kultura. Marna. Chichy śmichy, podrygiwanie w takt, oglądanie gołych dup. Ale tego życzy sobie znacząca część elektoratu, wyedukowana we współczesnej szkole, w której mówi się o kulturze z musu i półgębkiem. Bo i tak to nikogo nie interesuje. Ot, trzeba „zaliczyć” program. Zresztą, co tu wymyślać: zawsze tak było, że kulturą tzw. „wysoką” interesowała się znikoma część społeczeństwa. Może 5 %. Chociaż był taki okres, nazwijmy go „okresem sekretarzy”, kiedy wszystkiego było mało i wydawało się, że kultury jest dużo. Albo przynajmniej więcej. Bo wtedy sekretarz mógł zdecydować: wydajemy „Filozofię przypadku” Stanisława Lema. Albo innego „Ulissesa”. I wydawano. Rzecz dzisiaj absolutnie niemożliwa. Ale to także była złuda, ułuda, bo ludzie i tak woleli Trędowatą i Kolorowe jarmarki.

Tym niemniej polska kultura jakoś się rozwijała. Zaliczając często spore sukcesy. Także w Mielcu w czasie słusznie minionym, kiedy sekretarze od spraw kultury nie chcieli uchodzić za głąbów, jakim zazwyczaj byli, a państwo czy samorząd na kulturę nie żałowały pieniędzy. Może to zwyczajna tęsknota za młodością przeze mnie przemawia i wcale nie było tak różowo, nawet jak byli Rzeszowiacy, chór Melodia i kabaret Sęk. I coś tam jeszcze. Bo jak się tak zastanowić, to przecież dzisiaj dzieje się chyba znacznie więcej. Co prawda Rzeszowiacy to już emeryci, ale chyba zapotrzebowanie na takie formy kultury jest raczej – poza sentymentalnymi – nikłe. Wiem, narzekają. Ale raczej ci, którzy i tak nie uczestniczą, nie konsumują. Bo wciąż gdzieś coś się dzieje. I Tuszyma z różnymi zajęciami kulturalnymi, i Grochowe, co raz serwujące jakiś konkurs z dziedziny kultury. I Chorzelów co raz z nowymi pomysłami. To jest to, co rejestruję poza Mielcem.


poniedziałek, 30 lipca 2018

Wszyscy przeciw wszystkim? Dwa narody.



Napisałem te słowa ponad 7 lat temu. dzisiaj jest tak samo, tylko bardziej.

Wspólnota – to brzmi dobrze. Wspólnota narodowa – to brzmi całkiem fajnie. I o ile pod pierwszym pojęciem rozumiemy najróżniejsze sprawy, jak chociażby wspólnotę interesów (nawet brudnych), wspólnotę lokalnej społeczności, wspólnotę rodzinną i wiele innych wspólnot, o tyle pojęcie wspólnoty narodowej ma już dość jednoznaczny wymiar. A przynajmniej powinno mieć. No właśnie. Powinno. A czy ma? Czy w tym pokawałkowanym świecie istnieje jeszcze coś takiego, jak wspólnota narodowa? Ewentualnie, kiedy istnieje. Bo przecież nie może być tej wspólnoty w każdej sprawie. Pewnie jak mówimy o wspólnocie narodowej, to uważamy, że jest to jedność w sprawach wielkich, na miarę narodu. Ale czy każdych?

Bo przecież choćby wybór prezydenta pokazuje, że ta wspólnota narodowa dzieli się na co najmniej dwie części. Na dwie wspólnoty? Nie można tak powiedzieć. Albo jest jeden naród, tworzący w pewnych sytuacjach jedność, zwaną wspólnotą narodową albo nie ma narodu, tylko wiele grup interesów.

piątek, 6 lipca 2018

O mieleckich organizacjach literackich nie całkiem żartobliwie

Szanowny Pan Redaktor Włodzimierz Gąsiewski raczył zażartować sobie post-primaaprilisowo z mnożących się w Mielcu jak grzyby po deszczu organizacji literackich. Jako że nowe byty zasadniczo powstały przez pączkowanie, należałoby nieco zweryfikować twierdzenie, bo grzyby, które rozmnażają się w ten sposób, to drożdże i nie potrzebują one deszczu, by się mnożyć. Drożdże mają zaś jedną cechę bardzo przydatną w życiu, a w skrócie obrazowo opisywaną zwrotem, że coś rośnie jak na drożdżach.

Pan Redaktor był łaskaw ofiarować każdej z nowych organizacji mieleckich literatów symbolicznego mieleckiego gryfa, uważając zapewne, że na pegaza żadna z nich nie zasługuje. 
Jacek Kleyff śpiewał kiedyś, że „w jedności tylko siła, żeby tylko jedna była”. Kiedyś była tylko jedna. Wiodąca. Przywódcza. I było też po jednej organizacji dla pisarzy, aktorów, dziennikarzy, górników, lalkarzy, etc.  A teraz jest tyle, ile jest. Ile ludzie zechcą sobie utworzyć. Bo mają taki kaprys, taką potrzebę. Dokładnie tak, jak jest z portalami internetowymi. Czy nie lepiej byłoby, gdyby w Mielcu był tylko jeden? np. hej.mielec? Oczywiście, że nie. Lepiej jest, jak jest wiele.


środa, 20 czerwca 2018

Z poezją – (mielecką) – po prośbie

Ale się podziało. Mielec (ponoć) poezją stoi. Gdzie nie spojrzeć, poeci. Więksi i mniejsi. A za nimi krok w krok podążają wielbiciele poezji. Także polityczni. W końcu politycy też potrzebują piękna. Tyle tylko, że politycy – w swej większości – poezją interesują się na tyle, na ile da się przy niej zrobić zdjęcie do mediów. Potem zainteresowanie poezją im najczęściej przechodzi. Jakby zapytać, a jaki to tomik wierszy ostatnio kupili, a nawet tylko przeczytali, pewnie musieliby skłamać. 

Choć może jestem zbyt okrutny dla polityków. Czy oni musza czytać wiersze? Wystarczy, jak doceniają – choć ciut, ciut – fakt, że w powiecie i mieście jest grupa ludzi, która usiłuje pisać bardziej po polsku, po ojczystemu, niż szeregowi zjadacze chleba. Tak jak na sesji poświęconej poezji regionalnej, zorganizowanej przez Zespół Szkół im. Groszkowskiego, pani Starościna Napieracz bardzo pięknie na zakończenie powiedziała o wadze słowa poetyckiego, o znaczeniu korzeni tradycji, z której czerpiemy. Wszyscy. No i tu dochodzę do sedna sprawy, która mnie nurtuje. Do kondycji mieleckiej poezji, więc po trosze i do finansowania poezji i poetów.